|
Opel Omega wprowadzony został na rynek z zamiarem nawiązania bezpośredniej
walki o najbardziej zamożnych klientów z markami takimi jak Audi, BMW czy
Mercedes. Zastąpił cieszącego się nie najgorszą opinią, ale mocno
przestarzałego i kanciastego Rekorda. Miał nowoczesne, opływowe nadwozie i
klasyczny układ napędowy, ceniony w segmencie prestiżowych pojazdów. Debiut
był udany. Dobrze oceniano sylwetkę auta, jego funkcjonalność i zachowanie
na drodze. Opel postanowił więc pójść za ciosem i w 1994 roku wprowadził na
rynek drugą generację Omegi. Wszystko wskazuje jednak na to, że szefowie
firmy nieco się pospieszyli. Omega oznaczona jako "B" okazała się autem
niedopracowanym i wyraźnie zbyt awaryjnym jak na tę klasę, co na długie lata
zaważyło na opinii o tym bardzo atrakcyjnym samochodzie.
Przestronne wnętrze
Pod względem przestronności wnętrza należy on bez wątpienia do ścisłej
czołówki. Miejsca jest dosyć nie tylko dla pasażerów z przodu, na bardzo
wygodnych, wręcz komfortowych fotelach, ale także na tylnej kanapie, gdzie
nawet trzy osoby nie będą sobie wzajemnie przeszkadzać. 530-litrowy bagażnik
pozwala bez problemu przewieźć dużo rzeczy, ma regularne kształty, a
dodatkowo wyposażono go w otwór pozwalający na przewożenie długich
przedmiotów. Jeszcze atrakcyjniejsza pod tym względem jest odmiana kombi
(por. ramka). Koło zapasowe umieszczono z boku, dzięki czemu jest zawsze
łatwo dostępne. Także ładowność samochodu, wynosząca 555 kg, zasługuje na
wysoką ocenę. Nawet w tym segmencie ponad pół tony to bardzo dobry wynik.
Wprawdzie w bagażniku takiej limuzyny częściej podróżują dyrektorskie
nesesery niż worki z cementem, ale gdyby ktoś potrzebował... Nieco
kontrowersji budzić może deska rozdzielcza Omegi. Przypomina kokpity znane z
innych, tańszych Opli, a więc jest zbyt skromna, jak na auto tego segmentu.
To jednak po trosze kwestia indywidualnych oczekiwań, bowiem do czytelności
i funkcjonalności nie można mieć pretensji. Podobnie jak do jakości użytych
tworzyw sztucznych, a także dokładności spasowania poszczególnych elementów.
Uroki
klasyki
Klasyczny układ napędowy jest wprawdzie rozwiązaniem znacznie droższym niż
napęd na koła przednie, ale producenci najbardziej prestiżowych samochodów
trzymają się go nie bez powodu. Omega jest zupełnie niewrażliwa na zdjęcie
nogi z pedału przyspieszenia podczas pokonywania zakrętu. Oczywiście na
śliskiej drodze nietrudno zerwać przyczepność kół tylnych, a wtedy wykazuje
naturalną nadsterowność. Dla osób oswojonych z jazdą autem wyposażonym w
tylny napęd jest ona jednak dość łatwa do opanowania i może nawet stać się
źródłem dodatkowej przyjemności z jazdy. Oczywiście ciężka limuzyna nie
została stworzona do wyścigów po krętych, górskich drogach. Znakomicie
nadaje się za to do pokonywania długich tras. Nie jest to męczące dla
kierowcy i pasażerów dzięki dość wyrafinowanemu, komfortowemu zawieszeniu,
które zachowuje dobre właściwości także przy pełnym obciążeniu auta. Bez
problemu znosi je również silnik o pojemności 2,5 l, bowiem samochód zdaje
się nic nie tracić ze swej dynamiki. Właśnie ta widlasta, sześciocylindrowa
jednostka napędowa o wysokiej kulturze pracy wydaje się być optymalną dla
Omegi. Zapewnia co najmniej wystarczające parametry trakcyjne i jest trwała,
jeśli tylko pamięta się o terminarzu przeglądów (pasek zębaty!).
Czterocylindrowe rzędówki radzą sobie wprawdzie z autem zupełnie
przyzwoicie, ale przyjemność z jazdy jest wyraźnie mniejsza. Trzeba jednak
pamiętać o tym, że przyjemności kosztują. Średnie zużycie benzyny wynosi
około 12 l na 100 km, co zresztą nie powinno być szczególnym zaskoczeniem w
zestawieniu z masą auta i jego dynamiką. Jeśli ktoś chce jeździć taniej,
powinien szukać wersji z silnikiem wysokoprężnym.
Fatalny start
Jednak dla nabywców aut z tego segmentu większe niż paliwożerność znaczenie
ma zazwyczaj bezawaryjna eksploatacja auta. Pod tym względem debiut Omegi B
wypadł fatalnie. Lista usterek nękających właścicieli pierwszych egzemplarzy
tego modelu była przeraźliwie długa. Awarie układu rozrządu, luzy i stuki w
układzie kierowniczym, wycieki z układu chłodzenia tylko ją otwierają. Z
czasem okazało się, że nadwozie szybko koroduje, a podświetlane przyciski na
desce rozdzielczej wycierają się tak, że światło zaczyna razić kierowcę.
Odrabianie
strat
Cóż zrobić miał Opel? Zacisnął zęby i wziął się do roboty. W 1995 roku na
koszt firmy wymieniano napęd rozrządu w wielu silnikach V6, rok później
pompy wodne w silnikach dwulitrowych. Potem rozpoczęło się żmudne
doskonalenie samochodu. Pod koniec roku 1995 uporano się z nieszczelnościami
w układzie klimatyzacji. W 1996 roku notorycznie odmawiający posłuszeństwa
pilot na podczerwień zastąpiony został przez radiowy, wprowadzono też nową
technologię zabezpieczania antykorozyjnego nadwozia. Jednocześnie
modyfikowano wiele innych podzespołów. Za najbardziej godne uwagi należy
uznać egzemplarze po face liftingu w 1997 roku. Nie tylko są o wiele
bardziej niezawodne, ale na ogół lepiej wyposażone - na liście opcji
pojawiły się wtedy m.in. reflektory ksenonowe, boczne poduszki i układ
kontroli trakcji.
hjhh |